Słońce świeci, deszczyk pada, czarownica się zakrada… czarownica wielka łyżka, co bliznami z bliska błyska…
tak, wydawało by się pozytywnie, ale nie, nie jest, właściwie to jest jakby nie było wcale, trudno to wytłumaczyć…patrząc perspektywicznie, to znaczy w przekroju dalszym i bliższym, zdecydowanie jest lepiej, ogólnie ostatnio jest tak: albo mam nastrój i nie mam siły, albo mam siłę, ale nastrój wisielczy (niemal dosłownie, choć w moim przypadku raczej żyletkowy), w większości mam siłę, choć na krótko, zniewalająco szybko się męczę, tak jakby jakiś trybik nie chciał zaskoczyć, jak samochód który zapala i zaraz gaśnie… i nie mam żadnego punktu zaczepienia, próbowałam rysować, a właściwie próbowałam próbować rysować, trochę poczytałam… wczoraj cały dzień oglądałam Vampire Diares (w wersji oryginalnej, to mnie trochę tłumaczy, chyba…), dzisiaj też nie jest lepiej, chociaż trochę jest, załatwiłam – poniekąd – sprawy z bankiem, poniekąd – bo komornika nie przyślą, ale zadowoleni też nie będą… i ja też nie…
ehhh… wszystko takie jakby w zawieszeniu, znowu za szkłem, nierealne…